I wanna new me…

…let’s make it happen…

Archiwum dla maj, 2008

who is the master, who is the slave…

wycieczek po Londynie dzień kolejny. Dzisiaj pojechałam odwiedzić pana Al Fayeda w Harrodsie. Nie spotkałam go niestety (wszyscy chyba na urlopy pojechali), pooglądałam drogie gadżety w szklanych gablotkach i sobie poszłam… dużo ludzi, tłok, kupłam dwie bułeczki poszłam do Hyde Parku. Niestety pogoda się dzisiaj popsuła – było pochmurno i szaro. Na chwilę wyszło słońce ale zaraz  zasłoniła je wielka ciemna chmura. W parku usiadłam sobie na ławce, nad jeziorem, wypisałam kartki… a potem robiłam zdjęcia wiewiórce ;)

Siedząc tak na tej ławce i kombinując co napisać na kolejnej kartce doszłam do wniosku, że mój dobry nastrój niekoniecznie wynika z tego, że jestem w Londynie… ja w końcu mam kilka dni tylko i wyłącznie dla siebie! i to jest to co powoduje u mnie w tej chwili bardzo dobry humor. Mam kilka dni gdzie jedynym moim zmartwieniem jest tylko to gdzie dzisiaj sobie pojadę i co zobaczę… Widzę dzień, widzę ludzi, widzę miasto…to jest coś czego na codzień nie doświadczam -  wbijam się do biura ok 9.30 i wychodzę o 19. Kilka tygodni temu miałam wolny dzień i musiałam coś załatwić. Jakież było moje zdziwienie, że o godzinie 17 na ulicach są jacyś ludzie. W moim kalendarzu ta godzina nie istnieje. Ta godzina to jest czas spędzany jeszcze w biurze, które powoli chyba wysysa ze mnie życie i energię. Od kilku tygodni dochodzę do wniosku, że długo tam już chyba nie wytrzymam. Na razie daję sobie czas do końca roku – jeżeli nic się nie zmieni to ja zastanowię się nad zmianą miejsca pracy. Brak jakiejkolwiek interakcji między ludźmi u mnie w zespole wpędza mnie w lekką depresję. Już nawet podłączyłam słuchawki do komputera chociaż wcześniej radio i muzyka grała przez głośniki… nie chce mi się już słuchać tej ciszy jaka tam panuje a i tak jakiekolwiek życiowo ważniejsze sprawy, typu ustalanie tego co zjemy na obiad, załatwiamy przez gadu. A tak to przynajmniej ja sobie muzyki posłucham… No i właśnie taki myśli mnie dzisiaj ścigały – w końcu kilka dni dla siebie :) na spacer, na kawę na mieście, na czytanie książki w parku… W tej opowieści jestem bardziej slave niż master…

Popołudniu widziałam się z rafałem, poszliśmy na spacer po jego dzielnicy, wypiliśmy kawę (oczywiście ze Starbucks bo korzystam z ich kawiarni tutaj)… to fajny koleś jest więc to był bardzo miły czas. Potem przeszłam sobie do Camden Town – ciekawe doświadczenie, dużo ciuchów, torebek, koralików, biżuterii – bardzo kolorowo. A wieczorem… wieczorem była przejażdżka na motorze ;) pogoda była kiepska więc za długo nie jeździliśmy bo zimno, deszcz padał a poza tym niewiele i tak było widać. Pierwszy raz jechałam na motorze i muszę przyznać, że może to być całkiem erotyczne przeżycie. Piszę może bo w tym przypadku takie nie było – po prostu przejażdżka z kolegą. Ale wyobraźcie sobie co by było gdyby siedział tam kto inny… albo gdybym ja była inną kobietą… moje ciało przylegające do pleców kierowcy, przy zwiększaniu prędkości przestrzeń między ciałami staje się jeszcze mniejsza… sam początek jest już nęcący – siadasz i obejmujesz go nogami… ehhhh, można sobie pomarzyć, co? ;) może kiedyś się spełni…

a tymczasem jutro powrót do warszawy…

London calling…

trzeci dzień w Londynie… już pojutrze wracam do Warszawy… 4 dni to zdecydowanie za mało :/ chyba wybiorę się tu jeszcze w tym roku. Tylko tym razem już nie sama – zabiorę ze sobą Anulę bo z nią będzie tu jeszcze ciekawiej ;) spacerowanie po Londynie jest bardzo przyjemne ale chyba fajniej jeszcze będzie z drugą osobą. Chcę wykorzystać te kilka dni i łażę jak najwięcej się da. Wieczorem wracam do domu tak padnięta, że padam na kanapę i nie jestem w stanie się ruszyć. Chyba przed kolejną wizytą tu muszę naprawdę schudnąć bo moje nogi nie wytrzymują ciężaru – droga metrem z centrum zajmuje jakieś pół godziny i kiedy po tym czasie wstaję i muszę wyjść z pociągu to idę jak połamana. Bolą mnie biodra, kolana, kręgosłup… zero kondycji… ale też dawno nie łaziłam tyle ile tutaj teraz – z metra korzystam tylko, żeby dojechać gdzieś i stamtąd zacząć spacer. Dzisiaj pojechałam sobie na Greenwich, pochodziłam po uliczkach, po parku, poszłam do Obserwatorium, żeby zobaczyć zerowy południk. Pogoda dzisiaj była całkiem ładna – świeciło słońce i jedynym mankamentem był bardzo silny wiatr. Zrobiłam sporo zdjęć… potem podjechałam sobie w okolice Tower (stację przed) i przespacerowałam się wzdłuż Tamizy. Przeszłam w obie strony przez Tower Bridge, żeby porobić zdjęcia a potem aż do Waterloo.

Wczoraj pojechałam do Notting Hill - zrobiłam oczywiście zdjęcie księgarni z książkami podróżniczymi ;) niestety Hugh Granta nie spotkałam ;/ potem przeszłam sobie Portobelo Road – to jest ta uliczka, którą Hugh szedł a pory roku się zmieniały. Na ulicy stoją stragany, taki targ trochę, na którym można wszystko kupić (więc ja kupiłam sobie kanapkę). Potem stamtą na piechotę poszłam do centrum bo po 14 byłam umówiona z Magdą – odebrałam ją z pracy i poszłyśmy z ludźmi od niej z biura na piwo. Tutaj wolno pić na ulicy więc przed wszystkimi knajpami stoją masy ludzi ze szklankami z browarem w ręku i gadają sobie – w środku zazwyczaj jest pusto. U nich nie można palić w knajpach więc to chyba też dlatego. A poza tym na dworze przyjemniej.

Później pojechałyśmy z Magdą do niej na chwilę i potem do fryzjera. Ona poszła się farbować a ja zasnęłam na krześle czekając na nią. Chyba na dobre 40 minut się kimnęłam ;) Byłam mega padnięta a to jeszcze nie był dla mnie koniec dnia. Od niej pojechałam do Rafała bo umówiliśmy się, że przyjdę na wykład, który ogranizował. Rafał to mój brat, który od ładnych paru lat błąka się gdzieś po Europie i chyba ani myśli wracać do Warszawy – bo w sumie i po co. Pracuje w Royal Festival Hall chyba… chyba bo to jest taki kompleks muzeów, galerii i nie wiem jak to się nazywa dokładnie. Generalnie całkiem fajne rzeczy się tam dzieją chyba. W przyszłym tygodniu zaczyna się cykl wystaw Psycho Buildings ale już wczoraj było pierwsze spotkanie. Jakiś brazylijski artysta miał opowiadać o swoich pracach i o wpływie różnych aspektów na sztukę i architekturę. Poszłam tam głównie po to, żeby zobaczyć się z Rafałem i zakładam, że po pierwsze niewiele zrozumiem a po drugie, że się nieźle wynudzę. Było jednak inaczej – zrozumiałam całkiem dużo a i wyśmiałam się nieźle. Ernesto Neto, ten brazylijczyk, zgubił się Rafałowi przed spotkaniem i chyba wypił sobie w tym czasie kilka piw bo gadał mega śmiesznie. Zrozumiałam większość tego co mówił ale jaki był temat całego tego spotkania i o co w nim chodziło to nie wiem. Ernesto opowiadał o tym jak powstają jego prace, co go insporuje i co wywierało wpływ na różne nurty w brazylijskiej sztuce/architekturze ale przy tym co chwila odbiegał od tematu opowiadając jakieś swoje historie i anegdoty, sala wybuchała śmiechem a biedy koleś, który miał być moderatorem tej rozmowy nie za bardzo wiedział chyba jak to ogarnąć ;) Rafał niestety potem musiał z nimi zostać więc nie poszliśmy nigdzie już. Mieliśmy się spotkać dzisiaj ale się do mnie nie odezwał – wysłałam smsa, nie odpisał więc może coś mu wypadło.

Jak wrócę do domu to może uda mi się wstawić jakoś tu mapy, żeby zaznaczyć trasy moich spacerów. Na razie muszę zacząć kombinować jak tu sobie załatwić trochę więcej wolnego, żeby przyjechać tu na trochę dłużej…

i think it’s amazing… i think you’re amazing…

…i to stwierdzenie niech się stanie moją maksymą…

odkryłam nowy serial – Cashmere mafia… o czterech kobietach – kobietach sukcesu… nie będę zagłębiać się w dodatkowe opisy. W każdym razie odczuwam fascynację podobną do tej związanej z Grey’s anatomy ;)

Jestem na tygodniowym urlopie. No, tak naprawdę to wolne wzięłam tylko trzy dni bo reszta to długi weekend. Piszę pracę zaliczeniową na studia podyplomowe. Idzie mi lekko po grudzie… ale nie dlatego, że temat nieciekawy czy zupełnie mi obcy. Wręcz przeciwnie – piszę o tym co mi się podoba i czym się interesuję czyli o internecie. Dokładniej o społecznościach internetowych. Ale jakoś tak trochę zebranie tego wszystkiego co wiem, czego dowiaduję się jeszcze teraz, w jeden duży tekst, który można złożyć jako pracę mi nie idzie. No cóż, jakoś musi bo muszę ją oddać w poniedziałek. I to będzie niezły myk bo wyślę ją promotorowi na maila po czym ją od razu oddam. Mam nadzieję, że jakoś mi to wybaczy…

Oprócz tego, że pisanie lekko mi nie idzie i z tego nie jestem zbytnio zadowolona to jestem całkiem dumna z tego, że nie zaglądam do służbowego maila i poza odpowiedzią na kilka pytań mojego przełożonego zupełnie nie przejmuję się pracą! Wow, naprawdę się z tego cieszę bo nie sądziłam, że jestem w stanie tak szybko uwolnić się psychicznie od pracy. Nie to żeby to była mega ważna dla losów świata praca… ale w moim przypadku stała się jakimś nałogiem, który czasami spędzał mi sen z powiek a leżąc na stole na masażu myślałam o tym co muszę zrobić następnego dnia. A teraz nic! To znaczy nie zastanawiałam się nad bieżącymi kampaniami i nad tym co się dzieje w biurze… ale zastanawiałam się nad tym czego chcę i jakie są moje oczekiwania. Trochę jestem już zmęczona tym co robię bo robię właściwie od dłuższego czasu to samo – zmieniło się tylko otoczenie niecały rok temu. Ja wiem, że mogę robić więcej, że chcę robić więcej i że jestem w stanie robić więcej. Może jednak zastanowię się nad propozycją, którą ostatnio dostałam? Hm, może jednak trochę zluzuję bo jedyne co mi na razie zaproponowano to ewentualna możliwość spotkania. Ani ja nie wiem o co chodzi ani ta druga osoba nie wie na mój temat nic. Nie więc nawet czy nadaję się do tego czego oczekuje… Ale co mi szkodzi spróbować, prawda? ;)

a teraz wracam do pisania pracy…