trzeci dzień w Londynie… już pojutrze wracam do Warszawy… 4 dni to zdecydowanie za mało :/ chyba wybiorę się tu jeszcze w tym roku. Tylko tym razem już nie sama – zabiorę ze sobą Anulę bo z nią będzie tu jeszcze ciekawiej
spacerowanie po Londynie jest bardzo przyjemne ale chyba fajniej jeszcze będzie z drugą osobą. Chcę wykorzystać te kilka dni i łażę jak najwięcej się da. Wieczorem wracam do domu tak padnięta, że padam na kanapę i nie jestem w stanie się ruszyć. Chyba przed kolejną wizytą tu muszę naprawdę schudnąć bo moje nogi nie wytrzymują ciężaru – droga metrem z centrum zajmuje jakieś pół godziny i kiedy po tym czasie wstaję i muszę wyjść z pociągu to idę jak połamana. Bolą mnie biodra, kolana, kręgosłup… zero kondycji… ale też dawno nie łaziłam tyle ile tutaj teraz – z metra korzystam tylko, żeby dojechać gdzieś i stamtąd zacząć spacer. Dzisiaj pojechałam sobie na Greenwich, pochodziłam po uliczkach, po parku, poszłam do Obserwatorium, żeby zobaczyć zerowy południk. Pogoda dzisiaj była całkiem ładna – świeciło słońce i jedynym mankamentem był bardzo silny wiatr. Zrobiłam sporo zdjęć… potem podjechałam sobie w okolice Tower (stację przed) i przespacerowałam się wzdłuż Tamizy. Przeszłam w obie strony przez Tower Bridge, żeby porobić zdjęcia a potem aż do Waterloo.
Wczoraj pojechałam do Notting Hill - zrobiłam oczywiście zdjęcie księgarni z książkami podróżniczymi
niestety Hugh Granta nie spotkałam ;/ potem przeszłam sobie Portobelo Road – to jest ta uliczka, którą Hugh szedł a pory roku się zmieniały. Na ulicy stoją stragany, taki targ trochę, na którym można wszystko kupić (więc ja kupiłam sobie kanapkę). Potem stamtą na piechotę poszłam do centrum bo po 14 byłam umówiona z Magdą – odebrałam ją z pracy i poszłyśmy z ludźmi od niej z biura na piwo. Tutaj wolno pić na ulicy więc przed wszystkimi knajpami stoją masy ludzi ze szklankami z browarem w ręku i gadają sobie – w środku zazwyczaj jest pusto. U nich nie można palić w knajpach więc to chyba też dlatego. A poza tym na dworze przyjemniej.
Później pojechałyśmy z Magdą do niej na chwilę i potem do fryzjera. Ona poszła się farbować a ja zasnęłam na krześle czekając na nią. Chyba na dobre 40 minut się kimnęłam
Byłam mega padnięta a to jeszcze nie był dla mnie koniec dnia. Od niej pojechałam do Rafała bo umówiliśmy się, że przyjdę na wykład, który ogranizował. Rafał to mój brat, który od ładnych paru lat błąka się gdzieś po Europie i chyba ani myśli wracać do Warszawy – bo w sumie i po co. Pracuje w Royal Festival Hall chyba… chyba bo to jest taki kompleks muzeów, galerii i nie wiem jak to się nazywa dokładnie. Generalnie całkiem fajne rzeczy się tam dzieją chyba. W przyszłym tygodniu zaczyna się cykl wystaw Psycho Buildings ale już wczoraj było pierwsze spotkanie. Jakiś brazylijski artysta miał opowiadać o swoich pracach i o wpływie różnych aspektów na sztukę i architekturę. Poszłam tam głównie po to, żeby zobaczyć się z Rafałem i zakładam, że po pierwsze niewiele zrozumiem a po drugie, że się nieźle wynudzę. Było jednak inaczej – zrozumiałam całkiem dużo a i wyśmiałam się nieźle. Ernesto Neto, ten brazylijczyk, zgubił się Rafałowi przed spotkaniem i chyba wypił sobie w tym czasie kilka piw bo gadał mega śmiesznie. Zrozumiałam większość tego co mówił ale jaki był temat całego tego spotkania i o co w nim chodziło to nie wiem. Ernesto opowiadał o tym jak powstają jego prace, co go insporuje i co wywierało wpływ na różne nurty w brazylijskiej sztuce/architekturze ale przy tym co chwila odbiegał od tematu opowiadając jakieś swoje historie i anegdoty, sala wybuchała śmiechem a biedy koleś, który miał być moderatorem tej rozmowy nie za bardzo wiedział chyba jak to ogarnąć
Rafał niestety potem musiał z nimi zostać więc nie poszliśmy nigdzie już. Mieliśmy się spotkać dzisiaj ale się do mnie nie odezwał – wysłałam smsa, nie odpisał więc może coś mu wypadło.
Jak wrócę do domu to może uda mi się wstawić jakoś tu mapy, żeby zaznaczyć trasy moich spacerów. Na razie muszę zacząć kombinować jak tu sobie załatwić trochę więcej wolnego, żeby przyjechać tu na trochę dłużej…