wycieczek po Londynie dzień kolejny. Dzisiaj pojechałam odwiedzić pana Al Fayeda w Harrodsie. Nie spotkałam go niestety (wszyscy chyba na urlopy pojechali), pooglądałam drogie gadżety w szklanych gablotkach i sobie poszłam… dużo ludzi, tłok, kupłam dwie bułeczki poszłam do Hyde Parku. Niestety pogoda się dzisiaj popsuła – było pochmurno i szaro. Na chwilę wyszło słońce ale zaraz zasłoniła je wielka ciemna chmura. W parku usiadłam sobie na ławce, nad jeziorem, wypisałam kartki… a potem robiłam zdjęcia wiewiórce
Siedząc tak na tej ławce i kombinując co napisać na kolejnej kartce doszłam do wniosku, że mój dobry nastrój niekoniecznie wynika z tego, że jestem w Londynie… ja w końcu mam kilka dni tylko i wyłącznie dla siebie! i to jest to co powoduje u mnie w tej chwili bardzo dobry humor. Mam kilka dni gdzie jedynym moim zmartwieniem jest tylko to gdzie dzisiaj sobie pojadę i co zobaczę… Widzę dzień, widzę ludzi, widzę miasto…to jest coś czego na codzień nie doświadczam - wbijam się do biura ok 9.30 i wychodzę o 19. Kilka tygodni temu miałam wolny dzień i musiałam coś załatwić. Jakież było moje zdziwienie, że o godzinie 17 na ulicach są jacyś ludzie. W moim kalendarzu ta godzina nie istnieje. Ta godzina to jest czas spędzany jeszcze w biurze, które powoli chyba wysysa ze mnie życie i energię. Od kilku tygodni dochodzę do wniosku, że długo tam już chyba nie wytrzymam. Na razie daję sobie czas do końca roku – jeżeli nic się nie zmieni to ja zastanowię się nad zmianą miejsca pracy. Brak jakiejkolwiek interakcji między ludźmi u mnie w zespole wpędza mnie w lekką depresję. Już nawet podłączyłam słuchawki do komputera chociaż wcześniej radio i muzyka grała przez głośniki… nie chce mi się już słuchać tej ciszy jaka tam panuje a i tak jakiekolwiek życiowo ważniejsze sprawy, typu ustalanie tego co zjemy na obiad, załatwiamy przez gadu. A tak to przynajmniej ja sobie muzyki posłucham… No i właśnie taki myśli mnie dzisiaj ścigały – w końcu kilka dni dla siebie
na spacer, na kawę na mieście, na czytanie książki w parku… W tej opowieści jestem bardziej slave niż master…
Popołudniu widziałam się z rafałem, poszliśmy na spacer po jego dzielnicy, wypiliśmy kawę (oczywiście ze Starbucks bo korzystam z ich kawiarni tutaj)… to fajny koleś jest więc to był bardzo miły czas. Potem przeszłam sobie do Camden Town – ciekawe doświadczenie, dużo ciuchów, torebek, koralików, biżuterii – bardzo kolorowo. A wieczorem… wieczorem była przejażdżka na motorze
pogoda była kiepska więc za długo nie jeździliśmy bo zimno, deszcz padał a poza tym niewiele i tak było widać. Pierwszy raz jechałam na motorze i muszę przyznać, że może to być całkiem erotyczne przeżycie. Piszę może bo w tym przypadku takie nie było – po prostu przejażdżka z kolegą. Ale wyobraźcie sobie co by było gdyby siedział tam kto inny… albo gdybym ja była inną kobietą… moje ciało przylegające do pleców kierowcy, przy zwiększaniu prędkości przestrzeń między ciałami staje się jeszcze mniejsza… sam początek jest już nęcący – siadasz i obejmujesz go nogami… ehhhh, można sobie pomarzyć, co?
może kiedyś się spełni…
a tymczasem jutro powrót do warszawy…