I wanna new me…
…let’s make it happen…Archiwum dla styczeń, 2009
ask me where i go tonight…
zaczynam się zastanawiać czy ja nad wszystkim panuję i boję się, że dojdę do wniosku, że przestaje… nie wiem z czego to wynika… czy jestem tak wrażliwa na przeszkody, które mnie spotykają? błaha sprawa – trudny klient… nie pierwszy przecież mój klient ale ten jest jakiś wyjątkowo wymagający i czepliwy… dzisiaj cały dzień bujałam się z kampanią radiową za jakieś niezbyt wielkie pieniądze… strach przed nim i przed szefową, która wydawała się prowadzić mnie za rączkę przeraża mnie… przecież to nie jest dla mnie pierwsza kampania a wychodzę na osobę niedoświadczoną i nie panującą nad sytuacją… kiedy na koniec dnia zbliżyłam się z wskaźnikami do tych wymaganych okazało sie, że długość kopii jest nieodpowiednia… i rano trzeba wszystko przeliczać od nowa… i to pytanie ‘czy zmiana długości kopii była przedyskutowana z klientem?’ zadane takim tonem… uhhhh, znowu będzie to moja ostatnia myśl przed zaśnięciem :/
zadzwonili dzisiaj z flysiesty, że został odwołany mój lot z Brukseli do Warszawy i że mam skontaktować się z AA, żeby zabukować jakiś inny… tydzień temu okazało się, że lecę jednak sama do NY bo A. ma problem z pracą… muszę jeszcze znaleźć jakiś nocleg a to jest nieco trudniejsze dla jednej osoby…
kiedy patrzę na stan mojego konta jestem przerażona… obmyśliłam plan panowania nad finansami i od dzisiaj wcielam go w życie… za kilka tygodni/miesięcy sprawdzimy jak to działa…
mój kredyt hipoteczny jest droższy teraz niż pół roku temu… bank nie chce obniżyć oprocentowania mimo tego, że bank szwajcarski obniżył znacznie stopy %… nawet nie czytam petycji stosowanych do banku przez bardziej rzutkich konsumentów… o przyłączeniu się do nich nawet już nie wspominam…
w weekend wymieniłam w końcu końcówkę od prysznica na mniej skomplikowaną i teraz w końcu woda leci tak, że kąpiel znowu sprawia mi przyjemność…
na basen udało mi się dotrzeć raz… raz od początku stycznia – prawda, że wyczyn niesamowity? czy jutro uda mi się wstać?
dzisiaj przyszły nowe staniki… kiedy patrzę na siebie w lustrze i widzę wszędzie te wałeczki to szlag mnie trafia… i nie robię nic, żeby to zmienić… po głowie chodzi mi myśl o bieganiu, o chodzeniu na dłuższe spacery, ćwiczenia codziennie chociaż po 30 minut… i na tych myślach się kończy… a potem wściekam się na siebie jeszcze bardziej – bo jestem gruba a nic z tym nie robię…
boję się… boję się, że to co myślą wszyscy o mnie nie okaże się prawdą… że wcale nie jestem dobra w tym co robię… że się nie nadaję… że tak naprawdę to jestem głupia…
nowy rok, ja o rok starsza… czas płynie i nie zależy to zupełnie od nas więc nie należy się tym przejmować za bardzo ani złościć się na kalendarz, że kartki kolejne gubi… chyba nawet nie chciałabym, żeby czas się zatrzymał… mam teraz całkiem fajny okres – rozwijam się zawodowo, duchowo, emocjonalnie… tak trochę składam się powoli do kupy bo do tej pory to chyba każda część mojego jestestwa bujała się samodzielnie… powoli zaczynam stanowić całość…
do pełni szczęścia brakuje mi zapewne miłości ale i ona pewnie kiedyś się pojawi… czekam na nią cierpliwie…
napisałam wyżej o rozwoju – jest też nowa dziedzina w moim życiu, w której zaczynam próbować moich sił – gotowanie. Do tej pory jakoś specjalnie mnie to nie pociągało i nie sądziłam, że to może być tak przyjemne i wcale nie jest trudne. Bałam się, że będzie to kolejne pole porażki. Zabawne jest to, że jest to w sumie przeświadczenie niczym nie umotywowane – nie zanotowałam do tej pory jakiś spektakularnych porażek. Jeżeli już za coś się biorę to wychodzi w miarę nie najgorzej
oczywiście to co teraz napisałam jest niezłym kuszeniem losu i tylko patrzeć teraz jak coś się schrzani…
Tak naprawdę inspiracją do eksperymentów w kuchni była cała masa pięknie robionych stron internetowych, na których podawane są przepisy a dania pokazywane są na bardzo apetycznych zdjęciach. Impulsem była Marcizna i jej kulinarne sukcesy
Do tej pory ugotowałam już m.in. kilka zup kremów, upiekłam udka kurczaka w glazurze miodowo-musztardowej, upiekłam kilka rodzajów muffinek a ostatnio nawet sernik. W sobotę przyjechali rodzice i zrobiłam łososia w jakimś egzotycznym sosie z ryżem. W sumie wyszło dobre, wszystkim smakowało ale ja doszłam do wniosku, że ryba to jednak nie jest danie dla mnie – wyjątkiem są produkty smażalni nad morzem, tam ryby smakują inaczej.
W sobotę też zawrty został zakład o to kto więcej schudnie do końca lutego. W zakładzie uczestniczą moja mama, młody i ja. Pula to w sumie 600 zeta – po 200 od każdego – i została już zdeponowana na koncie taty. Z doświadczenia wiem, że takie zakłady mnie motywują więc mam nadzieję wygrać i tym razem
tak więc wczoraj rozpoczęłam kolejną dietę. Mam zamiar w końcu doprowadzić swoje ciało do porządku. Szczególnie, że w tym roku szykują mi się dwa śluby i wesela – pierwsze na początku lipca, drugie 1. sierpnia. A jak dobrze pójdzie to i trzecia uroczystość się gdzieś wpasuje. Muszę więc do tego czasu ładnie wyglądać
Poza tym przy okazji wyjazdu do NY chciałabym sobie tam trochę ciuchów kupić i to niekoniecznie takich w rozmiarze XL…
A teraz idę już spać bo dzisiejsze poranne zerwanie się na basen przed pracą nie wpłynęło jakoś mega pozywnie na moją formę przez cały dzień…