I wanna new me…
…let’s make it happen…Archiwum dla Uncategorized
ask me where i go tonight…
zaczynam się zastanawiać czy ja nad wszystkim panuję i boję się, że dojdę do wniosku, że przestaje… nie wiem z czego to wynika… czy jestem tak wrażliwa na przeszkody, które mnie spotykają? błaha sprawa – trudny klient… nie pierwszy przecież mój klient ale ten jest jakiś wyjątkowo wymagający i czepliwy… dzisiaj cały dzień bujałam się z kampanią radiową za jakieś niezbyt wielkie pieniądze… strach przed nim i przed szefową, która wydawała się prowadzić mnie za rączkę przeraża mnie… przecież to nie jest dla mnie pierwsza kampania a wychodzę na osobę niedoświadczoną i nie panującą nad sytuacją… kiedy na koniec dnia zbliżyłam się z wskaźnikami do tych wymaganych okazało sie, że długość kopii jest nieodpowiednia… i rano trzeba wszystko przeliczać od nowa… i to pytanie ‘czy zmiana długości kopii była przedyskutowana z klientem?’ zadane takim tonem… uhhhh, znowu będzie to moja ostatnia myśl przed zaśnięciem :/
zadzwonili dzisiaj z flysiesty, że został odwołany mój lot z Brukseli do Warszawy i że mam skontaktować się z AA, żeby zabukować jakiś inny… tydzień temu okazało się, że lecę jednak sama do NY bo A. ma problem z pracą… muszę jeszcze znaleźć jakiś nocleg a to jest nieco trudniejsze dla jednej osoby…
kiedy patrzę na stan mojego konta jestem przerażona… obmyśliłam plan panowania nad finansami i od dzisiaj wcielam go w życie… za kilka tygodni/miesięcy sprawdzimy jak to działa…
mój kredyt hipoteczny jest droższy teraz niż pół roku temu… bank nie chce obniżyć oprocentowania mimo tego, że bank szwajcarski obniżył znacznie stopy %… nawet nie czytam petycji stosowanych do banku przez bardziej rzutkich konsumentów… o przyłączeniu się do nich nawet już nie wspominam…
w weekend wymieniłam w końcu końcówkę od prysznica na mniej skomplikowaną i teraz w końcu woda leci tak, że kąpiel znowu sprawia mi przyjemność…
na basen udało mi się dotrzeć raz… raz od początku stycznia – prawda, że wyczyn niesamowity? czy jutro uda mi się wstać?
dzisiaj przyszły nowe staniki… kiedy patrzę na siebie w lustrze i widzę wszędzie te wałeczki to szlag mnie trafia… i nie robię nic, żeby to zmienić… po głowie chodzi mi myśl o bieganiu, o chodzeniu na dłuższe spacery, ćwiczenia codziennie chociaż po 30 minut… i na tych myślach się kończy… a potem wściekam się na siebie jeszcze bardziej – bo jestem gruba a nic z tym nie robię…
boję się… boję się, że to co myślą wszyscy o mnie nie okaże się prawdą… że wcale nie jestem dobra w tym co robię… że się nie nadaję… że tak naprawdę to jestem głupia…
nowy rok, ja o rok starsza… czas płynie i nie zależy to zupełnie od nas więc nie należy się tym przejmować za bardzo ani złościć się na kalendarz, że kartki kolejne gubi… chyba nawet nie chciałabym, żeby czas się zatrzymał… mam teraz całkiem fajny okres – rozwijam się zawodowo, duchowo, emocjonalnie… tak trochę składam się powoli do kupy bo do tej pory to chyba każda część mojego jestestwa bujała się samodzielnie… powoli zaczynam stanowić całość…
do pełni szczęścia brakuje mi zapewne miłości ale i ona pewnie kiedyś się pojawi… czekam na nią cierpliwie…
napisałam wyżej o rozwoju – jest też nowa dziedzina w moim życiu, w której zaczynam próbować moich sił – gotowanie. Do tej pory jakoś specjalnie mnie to nie pociągało i nie sądziłam, że to może być tak przyjemne i wcale nie jest trudne. Bałam się, że będzie to kolejne pole porażki. Zabawne jest to, że jest to w sumie przeświadczenie niczym nie umotywowane – nie zanotowałam do tej pory jakiś spektakularnych porażek. Jeżeli już za coś się biorę to wychodzi w miarę nie najgorzej
oczywiście to co teraz napisałam jest niezłym kuszeniem losu i tylko patrzeć teraz jak coś się schrzani…
Tak naprawdę inspiracją do eksperymentów w kuchni była cała masa pięknie robionych stron internetowych, na których podawane są przepisy a dania pokazywane są na bardzo apetycznych zdjęciach. Impulsem była Marcizna i jej kulinarne sukcesy
Do tej pory ugotowałam już m.in. kilka zup kremów, upiekłam udka kurczaka w glazurze miodowo-musztardowej, upiekłam kilka rodzajów muffinek a ostatnio nawet sernik. W sobotę przyjechali rodzice i zrobiłam łososia w jakimś egzotycznym sosie z ryżem. W sumie wyszło dobre, wszystkim smakowało ale ja doszłam do wniosku, że ryba to jednak nie jest danie dla mnie – wyjątkiem są produkty smażalni nad morzem, tam ryby smakują inaczej.
W sobotę też zawrty został zakład o to kto więcej schudnie do końca lutego. W zakładzie uczestniczą moja mama, młody i ja. Pula to w sumie 600 zeta – po 200 od każdego – i została już zdeponowana na koncie taty. Z doświadczenia wiem, że takie zakłady mnie motywują więc mam nadzieję wygrać i tym razem
tak więc wczoraj rozpoczęłam kolejną dietę. Mam zamiar w końcu doprowadzić swoje ciało do porządku. Szczególnie, że w tym roku szykują mi się dwa śluby i wesela – pierwsze na początku lipca, drugie 1. sierpnia. A jak dobrze pójdzie to i trzecia uroczystość się gdzieś wpasuje. Muszę więc do tego czasu ładnie wyglądać
Poza tym przy okazji wyjazdu do NY chciałabym sobie tam trochę ciuchów kupić i to niekoniecznie takich w rozmiarze XL…
A teraz idę już spać bo dzisiejsze poranne zerwanie się na basen przed pracą nie wpłynęło jakoś mega pozywnie na moją formę przez cały dzień…
you are all my children now…
za mną 3 dni zabawy, muzycznego święta jakim jest festiwal Heineken Open’er. Powiedzieć, że było rewelacyjnie to trochę za mało. Wybawiłam się naprawdę nieźle. I co ważne – w mig zapomniałam o pracy, ani jednej myśli na ten temat. Z resztą, nie tylko ja miałam taką służbową pustkę w głowie.
Nie byłam tam sama, mieliśmy zroganizowany wyjazd ale pojechaliśmy samochodami. W jednym Anula i ja, w drugim Rafał z kolegami. Wszyscy trzej panowie (a dwaj na pewno) w ciągu tych trzech dni zapracowali na nowe ksywki, a w sumie jedną wspólną – “chlorki”. Jedyny moment kiedy widziałam ich trzeźwych w piątek rano a rozstawaliśmy się w poniedziałek wczesnym rankiem…
W między czasie zaliczyliśmy kilka naprawdę niezłych koncertów – w piątek Roisin Murphy, w sobotę Jay-Z, Erykah Badu, w niedzielę Goldfrapp, Massive Attack, Chemical brothers… nie udało mi się niestety dotrzeć na żadną inną scenę, jakoś coś ciągle po drodze wypadało…
Pierwszy raz byłam na heinekenie i na pewno nie ostatni
jedna na razie nauczka z tegorocznego wyjazdu – trzeba jechać z ludźmi, którzy mają taki sam cel czyli festiwal. Jechanie z kimś kto nie jest tym zainteresowany trochę nie ma sensu bez względu na to jak fajny by ten ktoś był i jak lubiłoby się spędzać nią/nim/nimi czas
Mieliśmy kilka spięć z tego powodu, ja strzeliłam focha ale uważam, że nie był to foch bezpodstawny – Rafał moim zdaniem kilka razy przegiął (np. nazywając nas głupimi pindami albo blondynkami). Koledzy dwaj byli w sumie głównie śmieszni i pocieszni – w sumie to trochę słabo nas znają.
Było naprawdę super chociaż wydaje mi się, że z Anią byłyśmy kilka razy na granicy kłótni. Na szczęście do niczego dużego nie doszło. Ale następnym razem chyba nie pojedziamy już tam razem, głównie dlatego, że Ani się tam jednak średnio podobało a mnie jak widać po opisie - bardzo
Ania zrobiła jedną rzecz, która lekko mnie wkurzała – wymyśliła i oświadczyła nie tylko mnie, że jeden z chlorków na mnie leci.. Wszystko jedno czy to prawda czy tylko wymysł nie było potrzeby oznajmiania tego koleżance albo co gorsza samemu chlorkowi i jego kolegom. Chlorek się lekko zmieszał, wybąkał coś o braku chęci na związek i na tym się prawie skończyło. Prawie bo jeszcze kilka razy była z tego śmiechawa. Ja jakoś się nie śmiałam bo było mi głupio, strasznie głupio i wydawało mi się, że przyjdzie im do głowy, że to ja jej coś mówiłam na ten temat i że to ja napieram na niego (a tak nie było). Nie wydawało mi się też żeby on miał coś do mnie… Gdyby leciał to by poleciał ale skoro nie poleciał to nie leciał…
(no dobra, przez pół dnia czekałam dzisiaj na sms’a. sms nie przyszedł więc ja już nie czekam)
who is the master, who is the slave…
wycieczek po Londynie dzień kolejny. Dzisiaj pojechałam odwiedzić pana Al Fayeda w Harrodsie. Nie spotkałam go niestety (wszyscy chyba na urlopy pojechali), pooglądałam drogie gadżety w szklanych gablotkach i sobie poszłam… dużo ludzi, tłok, kupłam dwie bułeczki poszłam do Hyde Parku. Niestety pogoda się dzisiaj popsuła – było pochmurno i szaro. Na chwilę wyszło słońce ale zaraz zasłoniła je wielka ciemna chmura. W parku usiadłam sobie na ławce, nad jeziorem, wypisałam kartki… a potem robiłam zdjęcia wiewiórce
Siedząc tak na tej ławce i kombinując co napisać na kolejnej kartce doszłam do wniosku, że mój dobry nastrój niekoniecznie wynika z tego, że jestem w Londynie… ja w końcu mam kilka dni tylko i wyłącznie dla siebie! i to jest to co powoduje u mnie w tej chwili bardzo dobry humor. Mam kilka dni gdzie jedynym moim zmartwieniem jest tylko to gdzie dzisiaj sobie pojadę i co zobaczę… Widzę dzień, widzę ludzi, widzę miasto…to jest coś czego na codzień nie doświadczam - wbijam się do biura ok 9.30 i wychodzę o 19. Kilka tygodni temu miałam wolny dzień i musiałam coś załatwić. Jakież było moje zdziwienie, że o godzinie 17 na ulicach są jacyś ludzie. W moim kalendarzu ta godzina nie istnieje. Ta godzina to jest czas spędzany jeszcze w biurze, które powoli chyba wysysa ze mnie życie i energię. Od kilku tygodni dochodzę do wniosku, że długo tam już chyba nie wytrzymam. Na razie daję sobie czas do końca roku – jeżeli nic się nie zmieni to ja zastanowię się nad zmianą miejsca pracy. Brak jakiejkolwiek interakcji między ludźmi u mnie w zespole wpędza mnie w lekką depresję. Już nawet podłączyłam słuchawki do komputera chociaż wcześniej radio i muzyka grała przez głośniki… nie chce mi się już słuchać tej ciszy jaka tam panuje a i tak jakiekolwiek życiowo ważniejsze sprawy, typu ustalanie tego co zjemy na obiad, załatwiamy przez gadu. A tak to przynajmniej ja sobie muzyki posłucham… No i właśnie taki myśli mnie dzisiaj ścigały – w końcu kilka dni dla siebie
na spacer, na kawę na mieście, na czytanie książki w parku… W tej opowieści jestem bardziej slave niż master…
Popołudniu widziałam się z rafałem, poszliśmy na spacer po jego dzielnicy, wypiliśmy kawę (oczywiście ze Starbucks bo korzystam z ich kawiarni tutaj)… to fajny koleś jest więc to był bardzo miły czas. Potem przeszłam sobie do Camden Town – ciekawe doświadczenie, dużo ciuchów, torebek, koralików, biżuterii – bardzo kolorowo. A wieczorem… wieczorem była przejażdżka na motorze
pogoda była kiepska więc za długo nie jeździliśmy bo zimno, deszcz padał a poza tym niewiele i tak było widać. Pierwszy raz jechałam na motorze i muszę przyznać, że może to być całkiem erotyczne przeżycie. Piszę może bo w tym przypadku takie nie było – po prostu przejażdżka z kolegą. Ale wyobraźcie sobie co by było gdyby siedział tam kto inny… albo gdybym ja była inną kobietą… moje ciało przylegające do pleców kierowcy, przy zwiększaniu prędkości przestrzeń między ciałami staje się jeszcze mniejsza… sam początek jest już nęcący – siadasz i obejmujesz go nogami… ehhhh, można sobie pomarzyć, co?
może kiedyś się spełni…
a tymczasem jutro powrót do warszawy…
London calling…
trzeci dzień w Londynie… już pojutrze wracam do Warszawy… 4 dni to zdecydowanie za mało :/ chyba wybiorę się tu jeszcze w tym roku. Tylko tym razem już nie sama – zabiorę ze sobą Anulę bo z nią będzie tu jeszcze ciekawiej
spacerowanie po Londynie jest bardzo przyjemne ale chyba fajniej jeszcze będzie z drugą osobą. Chcę wykorzystać te kilka dni i łażę jak najwięcej się da. Wieczorem wracam do domu tak padnięta, że padam na kanapę i nie jestem w stanie się ruszyć. Chyba przed kolejną wizytą tu muszę naprawdę schudnąć bo moje nogi nie wytrzymują ciężaru – droga metrem z centrum zajmuje jakieś pół godziny i kiedy po tym czasie wstaję i muszę wyjść z pociągu to idę jak połamana. Bolą mnie biodra, kolana, kręgosłup… zero kondycji… ale też dawno nie łaziłam tyle ile tutaj teraz – z metra korzystam tylko, żeby dojechać gdzieś i stamtąd zacząć spacer. Dzisiaj pojechałam sobie na Greenwich, pochodziłam po uliczkach, po parku, poszłam do Obserwatorium, żeby zobaczyć zerowy południk. Pogoda dzisiaj była całkiem ładna – świeciło słońce i jedynym mankamentem był bardzo silny wiatr. Zrobiłam sporo zdjęć… potem podjechałam sobie w okolice Tower (stację przed) i przespacerowałam się wzdłuż Tamizy. Przeszłam w obie strony przez Tower Bridge, żeby porobić zdjęcia a potem aż do Waterloo.
Wczoraj pojechałam do Notting Hill - zrobiłam oczywiście zdjęcie księgarni z książkami podróżniczymi
niestety Hugh Granta nie spotkałam ;/ potem przeszłam sobie Portobelo Road – to jest ta uliczka, którą Hugh szedł a pory roku się zmieniały. Na ulicy stoją stragany, taki targ trochę, na którym można wszystko kupić (więc ja kupiłam sobie kanapkę). Potem stamtą na piechotę poszłam do centrum bo po 14 byłam umówiona z Magdą – odebrałam ją z pracy i poszłyśmy z ludźmi od niej z biura na piwo. Tutaj wolno pić na ulicy więc przed wszystkimi knajpami stoją masy ludzi ze szklankami z browarem w ręku i gadają sobie – w środku zazwyczaj jest pusto. U nich nie można palić w knajpach więc to chyba też dlatego. A poza tym na dworze przyjemniej.
Później pojechałyśmy z Magdą do niej na chwilę i potem do fryzjera. Ona poszła się farbować a ja zasnęłam na krześle czekając na nią. Chyba na dobre 40 minut się kimnęłam
Byłam mega padnięta a to jeszcze nie był dla mnie koniec dnia. Od niej pojechałam do Rafała bo umówiliśmy się, że przyjdę na wykład, który ogranizował. Rafał to mój brat, który od ładnych paru lat błąka się gdzieś po Europie i chyba ani myśli wracać do Warszawy – bo w sumie i po co. Pracuje w Royal Festival Hall chyba… chyba bo to jest taki kompleks muzeów, galerii i nie wiem jak to się nazywa dokładnie. Generalnie całkiem fajne rzeczy się tam dzieją chyba. W przyszłym tygodniu zaczyna się cykl wystaw Psycho Buildings ale już wczoraj było pierwsze spotkanie. Jakiś brazylijski artysta miał opowiadać o swoich pracach i o wpływie różnych aspektów na sztukę i architekturę. Poszłam tam głównie po to, żeby zobaczyć się z Rafałem i zakładam, że po pierwsze niewiele zrozumiem a po drugie, że się nieźle wynudzę. Było jednak inaczej – zrozumiałam całkiem dużo a i wyśmiałam się nieźle. Ernesto Neto, ten brazylijczyk, zgubił się Rafałowi przed spotkaniem i chyba wypił sobie w tym czasie kilka piw bo gadał mega śmiesznie. Zrozumiałam większość tego co mówił ale jaki był temat całego tego spotkania i o co w nim chodziło to nie wiem. Ernesto opowiadał o tym jak powstają jego prace, co go insporuje i co wywierało wpływ na różne nurty w brazylijskiej sztuce/architekturze ale przy tym co chwila odbiegał od tematu opowiadając jakieś swoje historie i anegdoty, sala wybuchała śmiechem a biedy koleś, który miał być moderatorem tej rozmowy nie za bardzo wiedział chyba jak to ogarnąć
Rafał niestety potem musiał z nimi zostać więc nie poszliśmy nigdzie już. Mieliśmy się spotkać dzisiaj ale się do mnie nie odezwał – wysłałam smsa, nie odpisał więc może coś mu wypadło.
Jak wrócę do domu to może uda mi się wstawić jakoś tu mapy, żeby zaznaczyć trasy moich spacerów. Na razie muszę zacząć kombinować jak tu sobie załatwić trochę więcej wolnego, żeby przyjechać tu na trochę dłużej…
i think it’s amazing… i think you’re amazing…
…i to stwierdzenie niech się stanie moją maksymą…
odkryłam nowy serial – Cashmere mafia… o czterech kobietach – kobietach sukcesu… nie będę zagłębiać się w dodatkowe opisy. W każdym razie odczuwam fascynację podobną do tej związanej z Grey’s anatomy
Jestem na tygodniowym urlopie. No, tak naprawdę to wolne wzięłam tylko trzy dni bo reszta to długi weekend. Piszę pracę zaliczeniową na studia podyplomowe. Idzie mi lekko po grudzie… ale nie dlatego, że temat nieciekawy czy zupełnie mi obcy. Wręcz przeciwnie – piszę o tym co mi się podoba i czym się interesuję czyli o internecie. Dokładniej o społecznościach internetowych. Ale jakoś tak trochę zebranie tego wszystkiego co wiem, czego dowiaduję się jeszcze teraz, w jeden duży tekst, który można złożyć jako pracę mi nie idzie. No cóż, jakoś musi bo muszę ją oddać w poniedziałek. I to będzie niezły myk bo wyślę ją promotorowi na maila po czym ją od razu oddam. Mam nadzieję, że jakoś mi to wybaczy…
Oprócz tego, że pisanie lekko mi nie idzie i z tego nie jestem zbytnio zadowolona to jestem całkiem dumna z tego, że nie zaglądam do służbowego maila i poza odpowiedzią na kilka pytań mojego przełożonego zupełnie nie przejmuję się pracą! Wow, naprawdę się z tego cieszę bo nie sądziłam, że jestem w stanie tak szybko uwolnić się psychicznie od pracy. Nie to żeby to była mega ważna dla losów świata praca… ale w moim przypadku stała się jakimś nałogiem, który czasami spędzał mi sen z powiek a leżąc na stole na masażu myślałam o tym co muszę zrobić następnego dnia. A teraz nic! To znaczy nie zastanawiałam się nad bieżącymi kampaniami i nad tym co się dzieje w biurze… ale zastanawiałam się nad tym czego chcę i jakie są moje oczekiwania. Trochę jestem już zmęczona tym co robię bo robię właściwie od dłuższego czasu to samo – zmieniło się tylko otoczenie niecały rok temu. Ja wiem, że mogę robić więcej, że chcę robić więcej i że jestem w stanie robić więcej. Może jednak zastanowię się nad propozycją, którą ostatnio dostałam? Hm, może jednak trochę zluzuję bo jedyne co mi na razie zaproponowano to ewentualna możliwość spotkania. Ani ja nie wiem o co chodzi ani ta druga osoba nie wie na mój temat nic. Nie więc nawet czy nadaję się do tego czego oczekuje… Ale co mi szkodzi spróbować, prawda?
a teraz wracam do pisania pracy…
when your mind’s made up…
przez pół godziny słuchałam tej samej, zapętlonej piosenki… “If you want me” ze ścieżki dźwiękowej do filmu Once… większość piosenek na tej płycie bardzo mi się podoba ale te śpiewane przez Marketę Iglovą jakoś trafiają do mnie najbardziej… teksty są o niespełnionej w jakiś sposób miłości… ale to jak ona śpiewa… nawet mnie łzy w oku się kręcą…
piszę “nawet mnie” bo zauważyłam ostatnio, że nie potrafię płakać… jak cameron diaz w Holiday (tylko ja nie wyglądam tak jak ona)… nie płaczę chociaż czasami mam na to ochotę… cały ten proces w moim przypadku sprowadza się do wilgotnych oczu i drżącej brody… ani jedna kropla po policzku nie spływa… oczywiście, tak jak dzisiaj, pojawia się natychmiastowe pociąganie nosem… tych łez czasami w oczach jest trochę więcej ale i tak nic się stamtąd nie uwalnia…
dzisiaj przytrafiło mi się to kilka razy… w autobusie (dziękować temu kto wymyślił ciemne okulary) i po powrocie do domu kiedy to krzątając się po mieszkaniu i próbując je jakoś ogarnąć wsadzałam sobie w nos chusteczkę…
a skąd to? a z wracających upiorów, uciskanych normalnie głęboko w szafie świadomości… czasami wychodzą takie co to ich nikt widzieć nie chce… ani wierzyć, że istnieją… takie co to się wie, że banalne i że głupie a jednocześnie ma się świadomość, że tak mocno się trzymają i puścić nie chcą… i nawet wstyd się do nich przyznać bo takie trywialne i naiwne…
to takie, które pojawiają się nieproszone… takie, które zawierają w sobie dużo zazdrości… takie, które odzywają się w określonych sytuacjach i podkreślają w jak bardzo odmiennej sytuacji jestem ja… takie, które szepczą prosto do mózgu myśli, których słyszeć się nie chce… myśli, w które wierzyć się nie chce… myśli, po których przyjęciu wiele rzeczy traci sens a inne wybijają się na czołówkę…
i wtedy zaczyna się praca nad wepchnięciem ich znowu głęboko… chyba już nawet nie ma ułudy, że można się od nich odciąć… są jak pajęczyna, która zawsze gdzieś sobie zostawi jedną niewidzialną nić… nie jestem nawet świadoma jej istnienia do momentu ponownego pojawienia się upiora…
tu nawet wódka nie pomaga… nie pomaga tym bardziej to, że się skończyła…
if you want me, satisfy me…
tak się zbieram do tego pisania jak pies do jeża… dużo myśli mi lata po głowie ale jakoś nie mogą znaleźć ujścia…
może w weekend się uda?
where do i begin…
obserwacja samej siebie to całkiem ciekawe przeżycie… szczególnie jak niektóre klocki zaczynają składać się w całość albo jest ktoś kto pomaga interpretować to co się pojawia… i nagle okazuje się, że mało rzeczy jest przypadkowych na tym świecie… że wszystko czemuś służy, do czegoś prowadzi i dzieje się z jakiegoś powodu… oczywiście to wszystko jest kwestią wiary i mniej racjonalnego pojmowania świata… dla mnie to coś nowego bo jednak do tej pory racjonalność była (jest) najważniejsza w moim postępowaniu… każde właściwie słowo, zdanie przestudiowane… każde działanie poprzedzone analizą… w sumie analiza i wnioski to jest to czym się na codzień zajmuję… w życiu prywatnym większość rzeczy muszę mieć zaplanowane… każda “aktywność” zapisana w kalendarzu… nawet piątkowe piwo z przyjaciółkami… oczywiście w moim przypadku nie jest to pozbawione sensu – zdarzało mi się umawiać z dwiema osobami na ten sam wieczór (z wrażeniem z tyłu głowy, że już coś chyba się wtedy dzieje innego). Teraz w kalendarzu zaznaczone są weekendy kiedy mam szkołę, spotkania z klientem, z mediami, wyjścia wieczorne… pozwala to uniknąć umawiania się w dwóch różnych miejscach ale jest też dokumentacją przeszłości…
czasami sobie myślę, że chciałabym być spontaniczna, beztroska… to jest to czego zazdroszczę np. Ani… ale z drugiej strony sobie myślę, że ja po prostu inaczej działam… lubię planować… i nie lubię jak potem ktoś ode mnie wymaga, żebym w ramach ćwiczenia spontaniczności i korzystania z życia rezygnowała z tych planów… wtedy pewnie pojawiają się pod moim adresem jakieś pretensje… ale cóż, ja mam prawo do tego, żeby sobie planować swoje wieczory i weekendy, prawda? i nawet jeżeli na weekend mam zaplanowane leżenie w łóżku… bo bywają dni kiedy bardzo mi tego brakuje i bardzo mi teg o potrzeba… kiedyś jeszcze na studiach, kiedy uczyłam się głównie nocami po pewnym czasie nie chciało mi się już spać ale właśnie tego, żeby sobie poleżeć
śniło mi się wczoraj, że wyjeżdżałam gdzieś i zgubiłam bilet lotniczy razem z paszportem… oczywiście zamieszanie, nerwy, złość itd… pomyślałam, że oczywiście jest to związane z tym, że rzeczywiście planuję wyjazd – do Londynu pod koniec maja i jestem na etapie podejmowania decyzji kupować bilety czy jeszcze trochę poczekać… dzisiaj dowiedziałam się, że może być jeszcze inne znaczenie… zgubione dokumenty i konieczność wyrobienia nowych mają oznaczać tworzenie nowej tożsamości… nazwa mojego bloga i interpretacja snu są nieco zbieżne, prawda? może to jest właśnie dowod na ten brak przypadku w życiu…
what kind of fool am i…
dzisiaj mieliśmy zajęcia z panią Krystyną Kaszubą, legendą na polskim rynku magazynów… opowiadała nam o swojej pracy przy Twoim Stylu, w Edipressie i teraz w Burdzie… bardzo ciekawe zajęcia. Sporo na jej temat słyszałam wcześniej i chyba raczej się potwierdziło bo doszłyśmy do wniosku, że jest raczej z tych bezlitosnych – trzymała tylko tych najlepszych. Sporo ciekawych rzeczy nam przekazała – o tym jak się robi dobrą okładkę, o współpracy redakcji z PRowcami, o tym jak In Style się pojawił w Polsce… narzekała bardzo na poziom dziennikarzy w Polsce, na nieprzestrzeganie standardów… generalnie nie miała zbyt dobrego zdania o środowisku
Poza zajęciami z KK mieliśmy jeszcze kilka godzin o marketingu wirusowym i szeptanym. Prowadzący jest niezłym ciachem i część dziewczyn do niego wzdycha… właciwie to “wzdycha” bo to żarty są wszystko
ale fakt faktem, że koleś jest atrakcyjny, wygadany, fajny głos… ogólnie fajny koleś. A co najlepsze piszę u niego pracę
i jak dzisiaj z nim gadałam to jednak się trochę speszyłam
Jedynym niepozytywnym wnioskiem, jaki wynoszę z moich zajęć, jest to, że tam sporo jakiś takich nierozumnych jest… czy może brutalnie mówiąc głupich (tak po prostu)… i to nie tylko ja mam takie wrażenie. dzisiaj skonfrontowałam opinię z jedną z fajniejszych tam lasek – ona też była podłamana nieco. Ale cóż – głupich nie sieją, sami się rodzą…
Książki nie zaczęłam jeszcze czytać więc nie wiem nawet kiedy będę mogła zacząć pisać… :/ mam nadzieję, że zapał mi nie minie i powstanie z tego coś fajnego…
Dwie godziny zmarnowane na oglądanie Tańca z gwiazdami ale przynajmniej Łukasz został więc smsy nie zostały wysłane na marne
) (pierwszy raz wysłałam smsa do TzG)…